|
xavras - 2008-05-31, 17:25 Wypadałoby coś napisać, jakieś "od autora", ale właściwie nie mam nic do dodania. *** Pik, pik, pik… Najpierw z oddali, potem coraz bliżej, bliżej, nabierało głębi, barwy, z nieokreślonego bytu przeradzało się w zwykłe, najzwyklejsze pikanie systematycznie wiercące ucho niczym walący młot pod oknem z samego rana, zostawało nareszcie odbierane, przetwarzane, rozpoznawane przez narządy, potem umysł. Pik, pik, pik. I tak bez końca. Nawet teoretycznie bezwzględny czas to kurczył się, to rozszerzał, to w ogóle znikał na chwilę, jakby w przerwie na kawę. Tylko przestrzeń była spójna do bólu – pikanie nie chciało zniknąć albo odejść gdzieś poza nią – i podczas tych kofeinowych przerw nie uciekała przez palce i z uszu, tylko na moment chowała się głębiej, by powrócić zaraz bezwzględnie łupiąc w kolejne neurony niczym igła. Pik, stąpnięcie, pik, krok, pik, krok, pik, krok, pik, drzwi, pik, pik, pik. - Co z nim? - Nie wiemy. Nie wiedzą. - Nie wiecie? - Nie wiemy. Nie wiedzą. Jak zwykle nie wiedzą. Wyszli. Znowu zostałem sam. Sam na sam (ze sobą). Oko. Lewe, chociaż nawet o tym nie pomyślałem, tak po prostu lewe i już. Niezapisana biel ścian była jak śnieg na polanie, jak kartka papieru i mleko – trochę mdła, ale i tak raziła oczy, jak ten śnieg właśnie w mroźne południe bijąc w okno i zapraszając na zewnątrz. Niemniej jednak tak samo jak i jemu, tak i tej bieli mam ochotę pokazać, żeby zbytnio się nie trudziła – jest zbyt zimno, jest zbyt nieufnie. Zamknąłem moje lewe oko. Czas rozwlekł się niczym guma, maszyna piknęła chyba tylko raz. - Kim jesteś? – zapytałem, czując delikatne muśniecie powietrza na twarzy i to uczucie dzielenia z kimś najbliższych metrów kwadratowych. - Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni. Nie odpowiedziałem. Wszystko wróciło do normalności – czas, przestrzeń, głos aparatury – i nawet słońce zdało się zniknąć gdzieś dalej, więc otworzyłem ponownie oko. Lewe. Biel ścian doprowadziłaby do szaleństwa ćpuna na odwyku, były one kompletnie puste, nie licząc małych, średnich i dużych plam tu i jeszcze paru tam i tam. Pik, pik, pik… Nie dawało o sobie zapomnieć mimo gwałtownemu powrotowi świadomości metafizycznej, fizycznej, zbyt mocno biło po głowie, by zaraz nie nastąpił efektowny nokaut, obsunięcie się na szaro-białą poduszkę (poduszkę?). Przeszedłem wzrokiem z jednej białej przestrzeni na drugą, potem trzecią, następnie dziwnie krzywą i brązową, białą, białą… Wróciłem do brązowej. Była dość pokraczna, poskręcana, powyginana, pozaginana i pozakrzywiana w każdym możliwym kierunku, kończąc się jednak w zasięgu wzroku, rozmyta, w której odcienie przenikały się wzajemnie, mieszały niczym sok z wódką i dym papierosa z powietrzem, rozpływając się progresywnie pnąc ku górze, górze, górze… Pik, pik, pik. - Obudziłeś się – usłyszałem. - Obudziłem. Zogniskowałem wzrok, wyostrzyłem, skupiłem się i brązowa plama przeinaczyła się w rozpoznawalny kształt, w słownikach zapisany pod „człowiek”. Człowiek w ubraniu – brązowym; brązowym, pomyślałem. O bólu głowy też. Zrzuciłem spojrzenie bardziej na podłogę, by nie drażnić oczu kolorami. Pik, pik, pik… Znowu kroki. - Nikt mnie nie zobaczy – powiedział pan w brązie. Do pokoju ktoś wszedł, nie wiedziałem kto to – w białym stroju, niczym ściany, tylko bez plam i szarości; po chwili zza pleców jegomościa wyszła kobieta, także w śnieżnobiałym fartuchu. Patrzyliśmy się na siebie przez chwilę, po czym oni rozpoczęli rozmawiać: - Nieprzytomny. - Tak. - Prognozy? - Na pewno potrzebujemy więcej badań, żeby stwierdzić coś więcej… - Oczywiście. Kobieta wyszła. - Pan w odwiedziny? – zapytał pan w białym pana w brązie uśmiechając się. - Tak – wskazał na mnie. – Jestem przyjacielem. - Wyjdzie z tego. - Mam nadzieję. - Może pan wie dlaczego to zrobił? - Nie. Wydawał się szczęśliwym człowiekiem. - Zawsze tak jest. - Zawsze – teraz uśmiechnął się pan w brązie. - Nie będę panu przeszkadzał – pan w bieli skinął głową i wyszedł. Pojedyncze odgłosy gdzieś z zewnątrz przemykały pomiędzy drobinkami wszechobecnej ciszy docierając aż do mnie, przebywając przy tym długą drogą wśród kurzu, zapachów – a wszystko tu pachniało niezwykle, bo śmiercią, chimeryczne zapachy stały w powietrzu niczym samochody na parkingu: ciasno, zwięźle, bez zbędnych przepychanek, w porządku wyznaczonym gdzieś tam przez kogoś – i tak nasiąkając, niemal niesłyszalne już dochodziły ucha – stuknięcia, westchnięcia, oddechy, stąpnięcia także. - Dlaczego to zrobiłeś? - Co zrobiłem? - To. - To… - To. Bóg dał ci wszystko – denuncjował jakby pan w brązie, żaląc się bardziej niż chwaląc boską dobrocią. – Widziałeś to piękne niebieskiego niebo, oczy zakochanej kobiety, płacz dziecka, ziarenko piasku na plaży. - Widziałem – potwierdziłem. - I? - I nic. - Nic? - Kompletnie nic. Pan w brązie zamyślił się, zasilając ciszę kolejną niemą, nieznaną myślą. Pik, pik, pik. Czy ta cholerna maszyna w końcu przestanie? Pik, pik, pik. Można zwariować. Pik, pik, pik. Jeszcze pan w brązie, zachowuje się jak świadek Jehowy. - Kochałeś? - Nie wiem. - Ale byłeś kochany. - Byłem. Aposterioryzm tego niezwykłego stwierdzenia był niczym żal umierającego alkoholika za to, że etanol zniszczył jego komórki; chociaż sama myśl przeszła mnie nagle, tak samo odchodząc, to prawie jej nie zauważyłem – nie chciałem zauważyć – to prawie jej nie zauważyłem. - Po co to wszystko? Sprawiłeś ból tym wszystkim osobom. - Nie interesuje mnie to – odpowiedziałem, nienaumyślnie przybierając pozę tego samego alkoholika, który mówił przed chwilą we mnie. - Rozumiem. Nie uznałem za stosowne odpowiadać dalej, tak samo pan w brązie stracił chyba zainteresowanie moją osobą, bowiem zabrał się za papierosa. Odpalił, zaciągnął się i wypuścił dym. Dym… Nie czułem nic. - Jeszcze ostatnie pytanie. - Tak? - Wyznanie? - Jakie wyznanie? - No… Religia. - A. Nie, brak. - Niewierzący? - Tak. Pik, pik, pik. Cholera jasna. - Mogę cię o coś prosić? Wyłącz to pikadło – rzuciłem. - Jasne. I tak bym to zrobił – pan w brązie uśmiechnął się przyjacielsko, bez ironii. - Dzięki – też się uśmiechnąłem, co mi szkodzi. Pan w brązie podszedł do tego całego cuda techniki, po czym z wyraźną wprawą wyciągnął jakiś kabelek, jeden, najchudszy z tych wszystkich, o dziwo – także brązowy, zdecydowanie czekający na niego. Dźwięk na chwilę ucichł, lecz po paru sekundach znowu zaczął wyć, tym razem nieprzerwanie… Nie miałem już siły zakląć. Doszły mnie tylko szybkie kroki z korytarza, już bez tych wszystkich zapachów i okruchów obrazów zza drzwi. Mgła zdawała się zadomowić w moim białym pokoiku już na dobre, przez co zrobiło się jeszcze bardziej szaro i smutno. Wbiegł pan w bieli, jednak z miejsca, gdy tylko spojrzał na pana w brązie skinął głową, jakby wszystko rozumiał. Zaraz do pomieszczenia wpadła także pani w bieli, znowu zza pleców jegomościa w fartuchu. - Panie doktorze! - Nie siostro, zgon. Faktycznie, maszyna przestała pikać. Rivenris - 2008-06-04, 18:10 Jeśli chodzi o treść, to wcale a wcale mi nie podeszła. Ledwo doczytałem do końca. Jeśli zaś chodzi o sposób w jaki to pisałeś, to jest już to zdecydowanie lepsze. Pomysł dobry i udany, gdyby właśnie nie sama sytuacja którą opisuje. W przypadku bardziej adekwatnych historii może by mnie wzięło, ale ten egzemplarz nie. Warto napisać coś jakby drugą część starając się dobrać inne wydarzenia, ale to tylko moja prywatna opinia, z którą nie musisz się zgadzać. motorola v8 :) Feministki! Narysuj mi kotka Zamknięte osiedla, czyli getta dla bogatych? Lany poniedzialek Mieć czy być? "Boga raczej nie ma" |